nie ma takich trzech jak nas dwóch
Takich dwóch jak nas trzech to nie ma ani jednego - narzędzia do komunikacji - SAP JAM Nie pamiętam, kiedy sięgnąłem po telefon (przepraszam, smartphone), żeby się gdzieś umówić.
Takich dwóch, jak nas trzech, to nie ma ani jednego Zofia Przymus Karolina Małagocka. 32 1 Comment Like Comment Share
Takich dwóch, jak nas trzech, to nie ma ani jednego. 👏👍💪 Veolia Poland Doosan Enerbility Doosan Lentjes Rafal Psik on LinkedIn: Takich dwóch, jak nas trzech, to nie ma ani jednego. 👏
Takich dwóch jak nas trzech, to nie ma ani jednego aeshnamixta. Chapter 6: Genewa, gazety i przeszłość, która tylko czeka, żeby ugryźć cię w tyłek
110 likes, 6 comments - julekjo on July 16, 2017: "Takich trzech jak nas dwóch nie ma ani jednego ! ️ #instaboy #instagood #like4like " juliusz joachimiak on Instagram: "Takich trzech jak nas dwóch nie ma ani jednego ! 🔥💪 ️ #instaboy #instagood #like4like #melanż"
Hoe Moet Je Flirten Met Een Vrouw. Panie, coś mi się zdaje, że ty nie wiesz co ci się trafiło rusz głową, a ja, żeby sprawę uprościć oświecę cię co do możliwości: Za Ali-babą pluton zbójców stał, Szeherezada nie śpi którąś noc, A ty masz fart o jakim nie wiesz sam: Do dyspozycji niezawodną moc! Masz kawał broni, stary, to jest fakt! Nie ma przebacz, budzisz w koło strach, Fanga, świst i gwizd - ju-hu, a jak Starczy potrzeć lampę, rach-ciach-ciach. A zatem: Potężny panie mój, mów jaka wola twa. Jestem na każdy rozkaz monsieur, Nie ma takich dwóch jak jeden ja. Bo w życiu jak w menu, wybierasz a'la carte! Ty dostajesz w mig, zaufaj mi, Nie ma takich dwóch jak jeden ja. Tak panie, Trzeba coś, się robi już, ty tu jesteś król i szef! Co chcesz, to proś, na deser coś? Baklawa czy sułtański krem? Przychylić nieba mam? Spod ziemi wolisz skarb? Masz szczęście, że spotkałeś mnie! Nie ma takich dwóch jak jeden ja. [wokaliza] Czy ktoś umie tak? Czy ktoś umie siak? Czy ktoś umie z ka... ...peluszem robić tak? Czy ktoś umie FUUU! Hej patrzcie tu, ha ha Czy ktoś umie abrakadabra, maestro lu! A potem raz, dwa zatrzeć ślad? No czemu szczęka ci zasuwa w dół? Chcę widzieć oczy zamiast tych dwóch zer! Gwarantowany absolutny cud! Dżin został dzisiaj twym charge d'affaires! Chciałbym ci pomóc, tylko powiedz w czym Nie wstydź się, ja jestem pewien, że Twa lista życzeń jest jak stąd do Chin, Starczy potrzeć, żebyś miał co chcesz A więc: Potężny panie mój Czekam trzy, dwa, jeden, start! Zadziwię cię, przekonasz się, Nigdzie nie ma takich dwóch Nie ma takich dwóch Nigdzie nie ma takich dwóch Nigdzie Nie ma Takich Dwóch jak jeden ja Nie ma takich dwóch jak jeden ja Takich dwóch jak jeden ja!
Poniedziałek, 25 lipca (13:45) Z powodu niskich stanów wód gruntowych Zakład Gospodarki Komunalnej w Dźwierzutach apeluje do mieszkańców kilku wiosek o oszczędzanie wody. W miejscowościach: Orzyny, Rańsk, Miętkie, Jeleniewo, Grady, Śledzie, Marksewo mieszkańcy muszą racjonalnie korzystać z wody z wodociągów. Niestety przez niski poziom wód gruntowych zdarza się, że stacja pomp zasilająca te miejscowości nie ma skąd pompować wody. Pracownicy Zakładu Gospodarki Komunalnej apelują o niepodlewanie ogródków i o nienapełnianie basenów przy domach i na działkach. Woda w tych miejscowościach może mieć mniejsze ciśnienie albo w ogóle być wyłączana. W takich sytuacjach na ulicach będą beczkowozy. Sytuacja na pewno poprawi się wraz z pojawieniem się opadów deszczu. Na razie synoptycy nie przewidują jednak długookresowych opadów. Będzie padać, ale spadnie do 20 litrów na m2. Na szczęście nie będzie już dużych upałów.
Ukraiński debel to impreza charytatywna, jaka już jutro odbędzie się na kortach Klubu Tenisowego Break w Warszawie. W trakcie trwania imprezy odbędzie się między innymi turniej tenisowy debla, a także licytacja różnego rodzaju gadżetów i prezentów przekazanych przez patronów imprezy oraz kluby współorganizujące ponad miesiąca za nasza wschodnią granicą, na Ukrainie. Tzn w kraju, z którym przed dekadą byliśmy gospodarzem piłkarskiego Euro 2012, trwa agresja rosyjska. Setki tysięcy Ukraińców uciekło z kraju między innymi do Polski. Od tamtego czasu w naszym kraju trwa wszelkiego rodzaju pomoc. Zarówno tym, którzy przybyli do naszego kraju. Jak również tym, którzy zdecydowali się lub musieli zostać na Ukrainie. Pomoc organizują równie ludzie prywatni jak i organizacje. We wsparcie zaangażowały się również polskie kluby tenisowe, które organizują wszelkiego rodzaju pomoc potrzebującym. Kolejną inicjatywą klubów tenisowych jest impreza, którą zaplanowano na sobotę 2 punktami imprezy będą turniej deblowy drużyn trzyosobowych (w skład których wchodzą: zawodnik, amator i przedstawicielka płci pięknej), a także licytacja różnego rodzaju gadżetów przekazanych między innymi przez Polski Związek Tenisowy, Warszawsko-Mazowiecki Związek Tenisowy, Polskie Stowarzyszenie Trenerów Tenisa oraz kluby współorganizujące. Dodatkowo Polski Związek Tenisowy przekazał 10 tysięcy złotych na zbiórkę i zakup rzeczy pomocowych na Ukrainę. Godnym uwagi jest również gest burmistrza miasta Sierpc. Jarosław Perzyński przekazał na akcję niemal dwie tony darów dla wylicytowania będą między innymi: zaproszenie VIP na mecz Billie Jean King Cup Polska – Rumunia w Radomiu, Gadżety podpisane Agnieszkę Radwańską, rakieta podpisana przez Wojciecha Fibaka, proporczyk z autografami reprezentacji w Pucharze Davisa czy zabytkowe rakiety tenisowe od doktora Jerzego medialny nad imprezą objął „Tenisklub”. Z kolei w czasie imprezy relację na antenie „Kanału Sportowego” przeprowadzi Tomasz się na imprezę nie trzeba się również martwić o posiłek. W czasie imprezy będzie można się posilić dzięki hojności darczyńców. Będzie zarówno grill jak również różnego rodzaju przekąski zarówno na konkretnie jak i na słodko.
Otwieram oczy i rozglądam się po sypialni. Przy łóżku niezmiennie stoi Celina, pod parapetem smętnie pomieszkuje Zuza (chwilowo bez tylnego koła, ale wkrótce wracam na rower szosowy!) a nad moją głową wisi wielki plakat z Michaelem Jordanem z rozpostartymi ramionami. Na nim wypisane moje ulubione słowa koszykarza wszechczasów „I’ve failed over and over and over again in my life. And that is why I succeed”. Tak, wygrałem. A właściwie to nie: wygraliśMY. Jeszcze dla pewności, że to ta właściwa rzeczywistość, sprawdzam w telefonie. Dziesiątki wiadomości z gratulacjami, setki miłych komentarzy i wyniki: siódme miejsce w Biegu Rzeźnika, dla mnie to zwycięstwo. Prawie 83 km po górach w 9,5 godziny. To już trzeci poranek od zakończenia biegu i wciąż tak jest. To nie zakrzywienie Matriksa, to rzeczywistość. Siódme miejsce w Biegu Rzeźnika. Tym Biegu Rzeźnika, gdzie trzeba przebiec prawie 83 kilometry, pokonując 3750 m w górę (to tak, jakby trzy i pół razy podejść z Morskiego Oka na Rysy). Ale nie to jest najtrudniejsze w tych zawodach. Są w Polsce i na świecie bowiem biegi dłuższe i z większymi przewyższeniami. Tutaj trudność polega na tym, że biegnie się w parach i należy pokonać całą trasę razem. Stąd nie ja wygrałem, a my wygraliśMY. #BelaiKrasus Bieg Rzeźnika weryfikuje wiele znajomości i pokazuje, że dobór partnera jest najważniejszy. Rok temu (relacja kliku-kliku) biegłem ze wspaniałą BO (jej relacja kliku-kliku) i była to dla mnie piękna przygoda. Tym razem na starcie w Komańczy stanąłem u boku Beli Belowskiego, znanego niektórym jako Miszcz Polski Lavaredo. To nie w kij dmuchał partner. Jak sama nazwa wskazuje, był najszybszym Polakiem w ubiegłorocznym Lavaredo Ultra Trail, ma doświadczenie w górach i, choć człowiekiem jest skromnym, trzeba to powiedzieć wyraźnie: świetny z niego biegacz. Na płaskim biegamy podobnie (BB ma odrobinę lepsze życiówki na każdym dystansie, ale to naprawdę niewielka różnica), lecz góry to góry. BB lepiej zbiega, ja jestem mocniejszy pod górę. Znamy się i uzupełniamy, przebiegliśmy razem setki kilometrów i wypiliśmy niejedną nalewkę. „Co miało zagrać, zagrało. Co mogło się schrzanić, nie schrzaniło się” Bela Belowski Wzajemnie się stopowaliśmy, gdy było za szybko w pierwszej części trasy, potem czasami też, choć wtedy wynikało to już ze zmęczenia, a nie z faktu przekraczania założonej intensywności. Wystraszył mnie głos z tyłu „Nie przyśpieszaj, bo zabijasz moją psychikę”, ale innym razem to ja błagałem o zwolnienie choćby na chwilę. Bo kryzysy mieliśmy obaj. Gdzieś w okolicy 50. lub 60. kilometra leśną ścieżkę przecięło nam zwalone drzewo. Przy przechodzeniu przez nie po prostu klapnąłem dupskiem i usiadłem ze zmęczenia. „Nie mogę, muszę kilka sekund odpocząć” – wyszeptałem niemal bezgłośnie. Usłyszał. Stanął. Poczekał. I pobiegliśmy dalej. „Nie zostawiaj mnie, nie dam rady tak szybko” – wypłakałem na jednym ze zbiegów godzinę później. Zwolnił. Zaczekał. I pobiegliśmy dalej. fot. Sevencoinsfot. Jacek Deneka / Ultraloversfot. Piotr Dymusfot. RunVegan Nie sztuką jest zajechać partnera na Rzeźniku. Sztuką jest podnieść go, gdy ma kryzys, i razem napierać dalej. Stworzyliśmy świetnie zgraną i dopasowaną drużynę. Były podśmiechujki na pierwszych kilometrach, które biegliśmy na pełnym luzie, był wspólny flow, gdy kapitalnie nam się biegło na kolejnych odcinkach, było wspieranie się w kryzysach i – co kluczowe – było komunikowanie problemów. Nie ma dobrej współpracy, gdy druga strona nie mówi, że coś jest nie tak. Raz tylko się nie posłuchałem. Ofiaruję mojej dziewczynie Rodzynki, krewetki, mandarynki Palcami obejmę jej skronie, gdy na stole płonie węgierski puchar Duży w polewie czekoladowej, w nim orzechy mrożone – Nie śpiewaj, nie trać energii. – Ale mi to pomaga. – OK. #chłopakipłaczą Płakałem, no jasne, że płakałem! Obaj płakaliśmy, acz chyba ani razu w tym samym czasie. W przeciwieństwie do Rzeźnika 2015, płakałem na zbiegach. Choć wiele par wyprzedzaliśmy właśnie na odcinkach prowadzących w dół, to moja technika zbiegów nadal woła o pomstę do nieba. Zbiegam dość siłowo, co powoduje coraz większe zmęczenie mięśni. Po 50 kilometrach już cierpiałem, a płacz pozwala oderwać myśli od bólu i zmęczenia. Wbiegliśmy na polanę i przed oczami pojawiła mi się relacja Błażeja (kliku-kliku) z Beskidzkiego Topora, którą czytałem rano jako motywację przed biegiem. Odtworzyłem ją akapit po akapicie aż do chwili, gdy Błażko wbiega na beskidzką polanę, na której wypoczywaliśmy z dziewczynami podczas kwietniowego rekonesansu w Beskidach. Poczułem zieloną trawę, na której leżymy, i usłyszałem nasze śmiechy z Szosy, który położył się na stoku i zaordynował „Róbcie mi zdjęcia na nowe profilowe”. Zapłakałem cicho. A gdy dotarło do mnie, że jesteśmy ledwie za połową trasy, a właśnie wdarliśmy się do pierwszej dziesiątki tak prestiżowego biegu, przypomniała mi się inna relacja czytana tego ranka. Tym razem od Ali, która w Toporze była druga (kliku-kliku). I poczułem się odrobinę jak Ala ze wstępu tego posta. Że przecież gdzie ja tutaj? W czołówce TAKIEGO ultra? Ten pajac w różowym? Zapłakałem cicho. I potem jeszcze z raz lub dwa, gdy od kilku już godzin obaj jęczeliśmy przy każdym oddechu. Raz na zmianę w stylu „Hyyyy – haaaaa – hyyyy – haaaa”, a na innej górce synchronicznie „Hyayayaya – hyayayaya – hyayayaya – hyayaya”. Za którymś razem ten jęk przerodził się po prostu w płacz, choć nie tak donośny jak podczas wspinania się na Połoninę Caryńską rok temu. Łzy pozwalają uwolnić się trochę od wysiłku, zapomnieć o nim i przeć dalej. #wszystkosiedziwgłowie I parliśmy. Kolejne spotykane na trasie osoby potwierdzały, że jesteśmy na siódmym miejscu, a ja tylko łapałem się z niedowierzaniem za głowę. „Tylko teraz tego nie spierdolmy” – zarządził Bela na jednym ze szczytów. Fakt, po 65 kilometrach coraz trudniej jest utrzymać koncentrację. Jeszcze większą uwagę zaczęliśmy więc przykładać do tego, jak stawiamy stopy. Skręcenie kostki lub porządny atak skurczy (w razie czego mieliśmy agrafkę – choć nigdy tego nie robiłem, to mądrzy mówią, że wbicie jej w mięsień czyni cuda) zepsułyby wszystko. Przez cały bieg żaden z nas się nie przewrócił ani nie zrobił sobie krzywdy. Kilka razy się potykaliśmy o Korzeń Kargola, ale zawsze udawało się uratować. Już następnego dnia po naszym chodzie ledwie było widać, że coś biegaliśmy. Walcząc z kolejnym kryzysem gdzieś przed 70. kilometrem przypomniałem sobie, że Błażko odrodził się na Toporze na kilkanaście kilometrów przed metą. Postanowiłem więc zrobić to samo, tym bardziej że kryzys atakował mi partnera. I… po prostu zrobiłem to. Pamiętajcie, że wszystko jest w głowie i odpowiednie jej ustawienie potrafi wiele zmienić. Przejąłem narzucanie tempa nie tylko pod górkę, ale też na płaskim i w dół. Mimo bólu w udach, zbiegałem dość sprawnie, choć już nie tak jak na pierwszych 40 kilometrach (hehehe, nieźle to brzmi, te pierwsze 40 km, co?). #żyjzcałychsił To był piękny bieg. Oczywiście, bez tak spektakularnych widoków jak ten z połoninami, bez czasu na to, by podziwiać to, co w Bieszczadach piękne, ale naprawdę było kilka momentów zapierających dech w piersiach. „O tak, za to kocham ultra” – wydyszał Bela gdzieś na 15. lub 20. kilometrze, gdy biegliśmy zboczem, a po prawej stronie, z rowów, dołków i innych zagłębień stoku wychodziła powoli mgła, mówiąc nam „Cześć, Ziomy!”. Poranek w Biegu Rzeźnika ma w sobie coś magicznego. Biegliśmy sami, to był początek biegu, czuliśmy pełen luz w nogach, mogliśmy ładować się tą magią po sam korek. fot. Piotr Dymusfot. Piotr Dymusfot. Piotr Dymusfot. Julita Chudko Później też były momenty fantastycznego biegowego flow. Niektóre płaskie single tracki, albo z górki lekko, nawet w drugiej części trasy. Długi lekki krok, tempo na zegarku poniżej 4:30 na kilometr, radość w sercu i kapitalne terraclawy, które pozwalały mi doskonale czuć bieszczadzkie podłoże. O tak, było pięknie. Czysta radość z biegania po górach. Za to kocham ultra. #smashingpĄpkinsforever / #NBRteam Jednak najbardziej magicznym momentem były dla nas przepaki. Podeszliśmy do sprawy jak zawodowcy. Mieliśmy swoich ludzi z NBR Teamu / Smashing Pąpkins, którzy wstali o świcie (lub chwilę przed nim) tylko po to, by dotrzeć w odpowiednie miejsce w odpowiednim czasie, podać nam przygotowane dzień wcześniej plecaki, przybić piątkę i… pojechać dalej, w kolejne miejsce, gdzie widzieli nas znów ledwie przez chwilę. BO, Kris, JoeY, Zosia, Ada, Marta oraz reszta kibiców, którzy nas dopingowali, dzięki! Ten moment, gdy wbiegamy do Cisnej, w tumulcie i krzyku (helou, jest piątek, 6:20 rano!) zgromadzonych kibiców jest po prostu nie-do-o-pi-sa-nia! Rok temu miałem tak samo, w kilkanaście sekund poziom naładowania akumulatorów rośnie w nieskończoność. To właśnie w Cisnej osiągnąłem szczyt tętna w tegorocznym Biegu Rzeźnika. Damian z Mateuszem podpowiadający, jaką mamy stratę do drużyn przed nami, Dori z ekipą stojąca na poboczu, zupełnie anonimowi kibice krzyczący „Bela i Krasus, ciśniecie, świetnie Wam idzie!” i oni – BOscy, którzy przyjechali w Bieszczady tylko po to, by nas wspierać, a zamiast pospać do 8, już przed 6 rano zameldowali się w Cisnej. To naprawdę wzruszające chwile. Nie inaczej wyglądało to w Smereku, dokąd w ogóle trzeba było kilka kilometrów dojść, bo samochodem nie da się wjechać. I znów masa ludzi i Dżołi z dziewczynami czekający na nas z plecakami i… talerzem, na którym wyłożone były czekolada, agrafka, ogórki kiszone, daktyle i kanapka z serem. Po wybiegnięciu z tego punktu obaj mieliśmy łzy w oczach. #jestempĄDźwigał te plecaki dla nas :)Nasz prywatny przepak w Smereku <3 / fot. JoeY Uwielbiam koleżeńsko-przyjacielski zwyczaj wysyłania sobie przed najważniejszym startem wiadomości zagrzewających do walki. Tym razem też były, niektóre nawet wysłane w środku nocy. W jednej z nich autorka napisała tak: „Pamiętaj, że tak jak piłkarska reprezentacja ma dwunastego zawodnika, tak i Wy swojego macie, i to nie jednego :)”. Gdyby zliczyć znajomych, którzy kibicowali nam na trasie, tych anonimowych, dla których my nie byliśmy anonimowi (sława, a co!), oraz tych, co spędzili pół dnia przed komputerami, śledząc jak Borza Bożenka zabawia się moim fanpejdżem, byłby nie dwunasty zawodnik, tylko cały pułk wojska. Dzięki ludzie, You rock! Ostatnie metry na spokojnie / fot. JoeYJeszcze siedem pĄpek… / fot. JoeY…i można sobie paść w ramiona..:) / fot. JoeY No i meta. Jedne z najpiękniejszych sekund w moim życiu. W tłumie masa bliskich nam osób, szpaler różu i najserdeczniejszy na świecie uścisk wzruszonej Oli (przecież nie pachnieliśmy fiołkami, kto chciałby nas przytulać?!). Nie było nikogo przed ani za nami, mogliśmy więc przetruchtać ostatnie 100 metrów, a linię mety po prostu przeszliśmy spokojnym krokiem. Chcieliśmy celebrować tę chwilę jak najdłużej. Minutę później siedziałem w rowie i ryczałem jak bóbr, bo wszystkie emocje puściły. Bela, dziękuję raz jeszcze. To był dla mnie zaszczyt, fajny jesteś:) Główne zdjęcie na górze Piotr Dymus. PS, wciąż prowadzę maratońską zbiórkę dla Amnesty International. Jeśli podobał Ci się ten tekst, to może wpłacisz piątaka? KLIKU-KLIKU. A o tym, co jedliśmy, piliśmy i jak to się stało, że na punktach kontrolnych spędziliśmy łącznie zaledwie 56 sekund oraz jak przygotowaliśmy taktykę na Rzeźnika przeczytacie w drugiej części, bardziej techniczno-poradnikowej niż ckliwe emocje tutaj.
Witam! Z tej strony Ewelina:) Kumpela Gąski!:) Dostałam pozwolenie na chwilowe przejęcie tego bloga! Dziwnie mi tu, bo to tak jakbym dostała dostęp do Martyny głowy i możliwość edytowania jej myśli. Ale spokojnie! Nie zamierzam nic zmieniać:) Wszystko jest jak dla mnie w idealnym porządku;) Zupełnie nie mam pojęcia o czym Wam tu nabazgrać. No ale taka okazja szybko się nie powtórzy, więc muszę porządnie ją wykorzystać. Martyna zaś ma dostęp do mojego bloga, na którym też próbuje sklecić jakiś wpis:) Jestem już ciekawa jak to Jej tam idzie;) Zapewne lepiej niż mi, bo to Ona jest tą zdolniejszą!:) Jest wieczór, za oknem zimno i biało, nawet nie zamierzam dobrowolnie wychylać nosa za drzwi. Chcę by wróciły wakacje i nigdy się nie kończyły, bo zimna nie lubię! Z miłą chęcią wyjechałabym gdzieś gdzie wiecznie jest ciepło, zabrałabym tylko najpotrzebniejsze rzeczy i Martynę pod pachę co by mi nudno nie było. Swoją drogą Gąska nieźle musi na mnie najeżdżać, bo strasznie mnie uszy pieką. Ci co wierzą w 'zabobony' wiedzą o co chodzi;) Szczerze mówiąc myślałam, że to będzie łatwiejsze;) Zaloguję się na Gąski blogspocie i zacznę pisać jak u siebie i jakie mi głowa słowa podsunie, a jednak tak nie jest. Segreguję myśli i staram się nie narobić Martynie wstydu;) Choć z drugiej strony wpis zawsze można usunąć;) Ruda twierdzi, że mam niską samoocenę. Od kilku dni zastanawiam się czy ma racje, czy po prostu jestem za leniwa by coś osiągnąć. Ale im dłużej myślę tym bardziej mam wrażenie, że jednak ma rację... hm... z Martyną znam się już 3 lata, co prawda jak dotąd nie miałyśmy okazji spotkać się, ale wierzcie mi bądź nie, przez ten czas przyjaźni stała mi się bliska jak moja rodzona siostra. Martyna w swoich wpisach rzadko kiedy pokazuje swoją wrażliwość i dobre serducho, ale naprawdę to dwie cechy Jej charakteru, które zawsze górują nad innymi. Nie mówię, że dla mnie zawsze jest miła i przyjemna, bo zdarza jej się sprowadzić mnie do pionu, marudzi, wkurza i gdyby mogła nie raz wyzwałaby mnie na czym świat stoi. Gąska jest tylko człowiekiem, który jak Ty czy ja ma wady i zalety:) Ci co znają ją trochę dłużej wiedzą, że powinno ją się lubić i kochać za te wady:) Cholernie cieszę się, że ją poznałam, bo dzięki niej poznałam prawdziwą definicję przyjaźni. W sumie ona jest tą definicją! Każdemu życzę takiej przyjaciółki jaką jest Martyna dla mnie!A jaką jest, to niestety, ale nie potrafię ubrać tego w słowa. Hm... To by było na tyle:) Pozdrawiam serdecznie, E! Skubana już skończyła!:D Ta piosenka do końca życia będzie kojarzyć mi się z Martyną;)
nie ma takich trzech jak nas dwóch